chiny

Dotychczasowy model rozwoju gospodarczego Państwa Środka wyczerpał się, dlatego musi ono przeprowadzić trudny i bolesny społecznie proces pobudzania konsumpcji prywatnej i zmniejszania inwestycji państwowych. W średnim terminie rodzi to szereg negatywnych skutków z dalszym spadkiem PKB włącznie. Nagroda będzie jednak sowita.

Druga największa gospodarka świata przechodzi trudny czas. Choć prognozowane na ten rok 7,5 proc. wzrostu PKB jest jak na warunki zachodnie wynikiem rewelacyjnym, to w przypadku ChRL oznacza spowolnienie.

Problemem nie jest jednak nominalna wysokość wzrostu gospodarczego, lecz jego struktura, która w sytuacji kryzysu w Unii Europejskiej i USA, czyli u największych partnerów handlowych Pekinu, wyczerpała się. Żeby więc nie dopuścić do katastrofy społeczno-politycznej w postaci wybuchu niekontrolowanej fali strajków, a nawet rebelii grożącej obaleniem systemu, dygnitarze KPCh postanowili działać.

Przeinwestowanie

Od lat wiadomo, że Chiny bardzo mocno inwestują, przede wszystkim budując infrastrukturę. Sęk w tym, że utrzymywanie przez dłuższy czas tak dużej skali inwestycji, które w Państwie Środka odpowiadają niemal za połowę wzrostu gospodarczego (dane za 2011 r.), nie jest korzystne. W krajach rozwiniętych inwestycje wypracowują mniej niż 20 proc. PKB, w krajach rozwijających się – maksymalnie 35 proc.

Podstawą powinna być bowiem konsumpcja prywatna, a ta w Chinach jest niska. Społeczeństwo boi się wydawać pieniądze. Wynika to z przyjętego tam modelu polityki społecznej. Obywatele nie mogą liczyć na tak rozbudowane świadczenia jak mieszkańcy Zachodu. W większości ponoszą całkowite koszty dostępu do opieki zdrowotnej, bezrobotni nie mogą liczyć na zasiłki, a ludzie starsi zatrudnieni w sektorze prywatnym – na emerytury. Obywatele muszą też płacić za edukację już na poziomie średnim.

Wobec spadku popytu na chińskie towary i braku nadziei na szybkie wyjście z kryzysu przez światową gospodarkę władze Chin podjęły decyzję o zmianie modelu wzrostu. Nową strategię zdefiniowano we wspólnym raporcie Banku Światowego i rządowych ekspertów – „Chiny 2030”. Polega ona na wzmocnieniu konsumpcji prywatnej i schładzaniu inwestycji państwowych.

Zabieg na żywym organizmie

Operacja ta nie będzie jednak przebiegać bezboleśnie.

  • Po pierwsze, ucierpią liczne grupy interesu zainteresowane utrzymywaniem status quo. Może to wywołać walki frakcyjne w partii rządzącej i zagrozić destabilizacją polityczną.
  • Po drugie, odcięte od tanich kredytów i subsydiów oraz zmuszone płacić większe odsetki (efekt podniesienia stóp procentowych) przedsiębiorstwa wpadną w tarapaty. Pogorszy się kondycja zadłużonych podmiotów. Już teraz problem nieregulowania przez firmy zobowiązań w terminie jest poważny.
  • Po trzecie, przebudowa struktury wzrostu pociągnie za sobą wielkie koszty społeczne, np. wzrost bezrobocia, których nie zawsze da się uniknąć.
  • Po czwarte, w wyniku rebalansowania (stymulowania konsumpcji i redukowania inwestycji) w krótkim i średnim okresie może ucierpieć wzrost gospodarczy. PKB może spaść do 6,5, a niektórzy sądzą, że nawet do 5 proc.

Jeśli jednak plan powiedzie się, Chiny na bardzo długo przejmą od USA pałeczkę globalnego lidera gospodarczego i biznesowego. W najludniejszej populacji świata, która ma takie same ambicje jak ludzie z Polski, UE czy Ameryki, tkwi ogromny potencjał. Może on nakręcać PKB nie tylko Państwa Środka, ale i całego świata.

 

– Już teraz akcenty w świecie nieco się zmieniły. Pekin konsekwentnie zdobywa kolejne przyczółki: stał się jednym z najważniejszych inwestorów w Afryce; zawiera kontrakty w azjatyckich republikach postradzieckich, chińskie przedsiębiorstwa co jakiś czas dokonują przejęć w Europie. Chińczycy mają coraz więcej do powiedzenia – zauważa dr Maciej Jędrzejak, prezes Saxo Bank Polska.